How I fell in love with scones, story & recipe available

To był dość mroźny listopadowy poranek 2014 roku, czas napiętych przygotowań do wyzwań i absurdów aplikacji grantowych. Brutalne zetknięcie z ostrym, białym światłem lotniska o godzinie 5:30 rano, kazało mi działać dalej. Samolot, uśpienie, ręka ukochanego i tona niecierpliwych maili zamkniętych w czerwonym plecaku. Lotnisko w Kopenhadze, drewno, biel kafelków i męczące zatłoczenie o tak nieludzko wczesnej godzinie. Wszyscy przemieszczali się jak ludziki na animacjach PKP, informujących o potrzebie akceptacji utrudnień związanych z przebudową dworców w Polsce. Następnie wsiedliśmy do pociągu do Malmö przez Oresund Bridge. Mój żołądek powoli zaczął się budzić, zaintrygowany sprzecznością horyzontu morza widzianego z okna zaokrąglonych na rogach okien pociągu. Wtedy nadszedł ten moment, kiedy ciężar walizki wzrósł dwukrotnie, a głód walczył z potrzebą znalezienia tego idealnego miejsca na śniadanie, na które tak długo czekałam. Wówczas w pierwszej kawiarni za mostem pojawiły się one: scones. Pewnie ze względu na kontekst objawiły się niczym Stogi siana w Prowansji Vincenta van Gogha, złociste i gotowe do zatracenia się w ich wnętrzu.

Jak mogłam nie wiedzieć o ich istnieniu?

„Prosty chleb” wedle Duńczyków, królewskie kamienie wedle Szkotów, przyjęły się jako przekąska do herbaty i śniadaniowy obyczaj już w XVI wieku, a ja odkryłam ich istnienie dopiero w XXI. To co zauważyłam od razu to fakt, iż Malmö było ich pełne w najróżniejszych odsłonach. Okrągłym nożem do masła przecinały się równo na dwie połówki i ciepłem chłonęły masło i dżem. To była miłość.

Jakim było dla mnie zdziwieniem, kiedy okazało się że ich przygotowanie jest bardzo proste, a upieczenie jeszcze szybsze. Istnieje wiele ich odmian, a to jest moja zdrowsza wersja, która nie odbiera im pierwotnego uroku.

Pełnoziarniste scones bez mleka

200 g mąki żytniej pełnoziarnistej
150 g mąki kukurydzianej
100 g mąki ryżowej
3 łyżeczki proszku do pieczenia
70 g masła lekko schłodzonego
1 łyżeczka ekstraktu z kwiatu pomarańczy (może być też waniliowy)
3 łyżki brązowego cukru
skórka otarta z niedużej pomarańczy
4 łyżki mleka kokosowego (tego z puszki)
160 ml jogurtu kokosowego (lub innego roślinnego)
sok wyciśnięty z pomarańczy
1/3 tabliczki gorzkiej czekolady
szczypta soli

Piekarnika nagrzać do temperatury 220°C.
Wszystkie rodzaje mąki przesiać i wymieszać ze sobą. Masło pokroić w kosteczkę i dokładnie rozetrzeć palcami, do efektu mokrego piasku. Dodać proszek do pieczenia i cukier.
W osobnym naczyniu wymieszać jogurt z ekstraktem, skórką pomarańczową i mlekiem kokosowym. Dodać sok wyciśnięty z pomarańczy w ilości pozwalającej uzyskać w sumie 300 ml płynu i wymieszać. Dodać płynne składniki do suchych i wyrobić robotem kuchennym (hak) lub zagnieść. Jednolita konsystencja będzie mokra i lekko klejąca (można dodać trochę żytniej mąki do zagniatania). Rozwałkować ciasto na gruby placek o  grubości 2cm i szklanką wykrajać bułeczki. Rozkładać na papierze do pieczenia i dekorować kawałkami gorzkiej czekolady (można też je wcześniej zagnieść do ciasta).

Piec około 15 minut na złoty kolor. Odczekać chociaż sekundę po wyjęciu z pieca.

TIPS:

– wierzch każdej bułeczki można również posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać wiórkami kokosowymi,
– najlepiej podzielić się ze znajomymi, gdyż są najlepsze pierwszego dnia,
– zamiast soku pomarańczowego można dodać mleko roślinne, 2 łyżeczki kawy inki i dużą garść rodzynków,
– idealna opcja na wspólny brunch,
– ja uwielbiam podane z gorącymi malinami lub konfitura pomarańczową.